Jestem świeżo po lekturze „Pora umierać” K. Zanussiego. Jakże łatwo zaakceptować darwinizm społeczny, gdy się posiada dobre zdrowie i trochę szczęścia. Jakże łatwo wtedy stanąć do walki z twarzą promieniejącą uśmiechem. Jakże łatwo wówczas okazać swoją wyższość wszystkim, którzy nie nadążają i są psychicznie pokrzywieni.
Zanussi bezbłędnie podaje powody tego, że my Polacy i ogólnie Słowianie jesteśmy trochę niedodziałami, że brak nam zacięcia do zmieniania świata i łatwo ulegamy zwątpieniu. To m. in. kwestia religii i naszego peryferyjnego położenia - twierdzi Zanussi. Im większej uległości wymaga religia, którą się wyznaje, tym mniejsza wiara w swoje własne siły, tym większa skłonność do zdawania się na wolę Bożą, albo Los i tym samym mniejsze parcie na to, co zowie się osobistym sukcesem.
Wschód i Zachód to dwie odmienne rzeczywistości. Człowiek Wschodu jeżeli osiąga sukces, to najczęściej w zderzeniu z Zachodem, przyswoiwszy sobie zachodnią skalę wartości. Zdając się na wschodnią, na przykład - prawosławną, filozofię życiową nie jesteśmy w stanie rozwinąć w pełni skrzydeł. Przyjmując prawosławny punkt widzenia, chcąc nie chcąc, godzimy się na pewien fatalizm losu. Polacy są pośrodku tych biegunów, stąd dość duże zróżnicowanie postaw w zależności od tego, z którą częścią Polski mamy do czynienia.
Zanussi to facet z pewną wrodzoną pogodą ducha, typ wręcz genetycznie predestynowany do optymizmu, tryskający zdrowiem i umiejący smakować życie. Oczywiście ciężką pracą pomnożył otrzymany kapitał, ale gdyby był typem neurastenicznym, jego rady dla rodaków byłby zupełnie inne, inne byłyby też jego priorytety i oczywiście - filmy. Nie byłby już tak zapamiętałym wrogiem inercji, już by go szlag nie trafiał z powodu czyjejś apatii czy znużenia, bo musiałby wtedy samego siebie usadzić na ławie oskarżonych.
Prawdę mówiąc ten facet mnie drażnił. Drażniła mnie jego ugłaskana uprzejmość, lalusiowatość, jego uśmiech zawsze na wysoki połysk i nabożny sposób głoszenia trywialnych prawd. Nie mogłem się połapać, ile w tym co robi jest pozy, a ile szczerości. Jego zadowolona twarz, to właściwie tabula rasa - nie ma na niej żadnych prawdziwych emocji, żadnego cierpienia, żadnej historii, wyraża co najwyżej radość chłopca, którego bawi płoszenie wróbli. I ta jakaś oślizgła układność, akuratność, to mistrzostwo asekuracji i mimikry… Iwaszkiwicz uchodził za uosobienie konformizmu, ale u niego wiązało się to z pewnym dramatyzmem i wielkim ładunkiem liryzmu, dzięki czemu wydawał się człowiekiem ze wszech miar ciekawszym.
(więcej…)