Autor „Pana Cogito” uchodził w moich oczach za postać, która już za życia nadawała się na pomnik. Taką mu przynajmniej rolę wyznaczyli jego apologeci. Mój duch przekory bardzo się przeciwko temu buntował, bo ginął mi gdzieś Herbert krwisty i z jajem… Dla zabawy postanowiłem też utrącić koturny wieszczej wyniosłości jednemu z jego wierszy i zinterpretować go z pozycji Sancho Panzy, dodając nieco pieprzu i mało wyszukanych rymów. Chodzi o wiersz: „Jedwab duszy”, który Adam Michnik zarekomendował w sposób następujący:
W totalitarnej codzienności nie ma miejsca na antycznych bohaterów i średniowiecznych rycerzy, na wielkie słowa i heroiczne czyny - jest wyniszczająca lichota i szara proza biografii ludzkich odartych z sensu.[...] sekret tych Herbertowskich obrazów tkwi w tym, że ponad tą zwyczajnością odrapanych tapet i marzeń o jedwabnych pończochach, unosi się totalitarna groza… - pisał Adam Michnik (Z dziejów honoru w Polsce, s. 204)
A co tak naprawdę powiedział Herbert w tym wierszu ? Otóż biadolił, że zawiódł się na swojej kobiecie. Podejrzewał ją o wielkie rzeczy, a gdy się przyjrzał jej wnętrzu, to okazało się, że tam tylko pospolitość skrzeczy. Spodziewał się bratniej duszy, „gałęzi”, „ptaka”, a w ostateczności marzeń o „domu nad wodą cichą i wielką”, a ona marzyła tylko o jedwabnych pończochach. Jak śmiała ! On do niej z pieśnią, a ona do niego ze szmatką; on chciał się z nią bujać na gałęziach a ona wolała iść na ciuchy; on chciał jej opiewać urodę Apolla i bohaterskie czyny przodków, a ona wolała zadbać o własne nogi; on pragnął fruwać, a ona trzymała się podłogi; on głęboki jak Hades, a ona jak talerz płytka; on miał na głowie Troję, ona myślała o łydkach; jego tylko poezja rozpalała, a ona wolała wytrawne winko; on ją wzniosłą pieśnią zniewalał, a ona jego - szminką…
(więcej…)