Archiwum kategorii ‘Wycieczki literackie’

Polak nieuleczalny

29 sierpień 2009

To, co przewija się przez cały Dziennik Lechonia, to jakiś kosmiczny smutek. Brak ojczyzny oznacza dla niego brak miary, hierarchii, formy, świętości, której należałoby całą duszą służyć. Jego katolicyzm jest arcypolski, „jego” Chrystus narodził się w Warszawie, jego naród wybrany to Polacy, a jego Stary i Nowy Testament to „Dziady” i „Pan Tadeusz”.

(więcej…)

Stasiuk: z prądem czy pod prąd ?

3 lipiec 2009

Cenię bardzo twórczość Andrzeja Stasiuka, choć nie do końca mi się podoba jego ucieczka od cywilizacji. Za bardzo wziąłem sobie do serca słowa Kanta („niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”), aby pochwalać takie ułatwienia. Moim zdaniem, jeżeli chcemy ocalić dawne wartości, jeżeli pragniemy zachować coś w rodzaju pierwotnej czystości, to winniśmy starać się o to zawsze i w każdych warunkach.

Jeżeli nie chcemy ulegać „ideologii” konsumeryzmu, to prawdziwym wyzwaniem dla nas jest nie zapadła wieś, lecz miejskie targowisko próżności, ze wszystkimi pokusami i pułapkami. Dopiero tam dowiadujemy się, jak naprawdę silna jest nasza wola. Nie sztuką jest zachować ascetyzm w odosobnieniu. Jednak być ascetą, gdy wszędzie dookoła czyha pokusa goła, to już coś. O ile oczywiście ascetyzm stanowi dla kogoś istotną wartość.

(więcej…)

Herbert jajeczny

5 czerwiec 2009

Autor „Pana Cogito” uchodził w moich oczach za postać, która już za życia nadawała się na pomnik. Taką mu przynajmniej rolę wyznaczyli jego apologeci. Mój duch przekory bardzo się przeciwko temu buntował, bo ginął mi gdzieś Herbert krwisty i z jajem… Dla zabawy postanowiłem też utrącić koturny wieszczej wyniosłości jednemu z jego wierszy i zinterpretować go z pozycji Sancho Panzy, dodając nieco pieprzu i mało wyszukanych rymów. Chodzi o wiersz: „Jedwab duszy”, który Adam Michnik zarekomendował w sposób następujący:

W totalitarnej codzienności nie ma miejsca na antycznych bohaterów i średniowiecznych rycerzy, na wielkie słowa i heroiczne czyny - jest wyniszczająca lichota i szara proza biografii ludzkich odartych z sensu.[...] sekret tych Herbertowskich obrazów tkwi w tym, że ponad tą zwyczajnością odrapanych tapet i marzeń o jedwabnych pończochach, unosi się totalitarna groza… - pisał Adam Michnik (Z dziejów honoru w Polsce, s. 204)

A co tak naprawdę powiedział Herbert w tym wierszu ?  Otóż biadolił, że zawiódł się na swojej kobiecie. Podejrzewał ją o wielkie rzeczy, a gdy się przyjrzał jej wnętrzu, to okazało się, że tam tylko pospolitość skrzeczy. Spodziewał się bratniej duszy, „gałęzi”, „ptaka”, a w ostateczności marzeń o „domu nad wodą cichą i wielką”, a ona marzyła tylko o jedwabnych pończochach.  Jak śmiała ! On do niej z pieśnią, a ona do niego ze szmatką; on chciał się z nią bujać na gałęziach a ona wolała iść na ciuchy; on chciał jej opiewać urodę Apolla i bohaterskie czyny przodków, a ona wolała zadbać o własne nogi; on pragnął fruwać, a ona trzymała się podłogi; on głęboki jak Hades, a ona jak talerz płytka; on miał na głowie Troję, ona myślała o łydkach; jego tylko poezja rozpalała, a ona wolała wytrawne winko; on ją wzniosłą pieśnią zniewalał, a ona jego - szminką…

(więcej…)

Miłosz i metafizyka

9 maj 2009

Miłoszowy bunt przeciw Ameryce wziął się z pogardy dla mentalności filistra, z buntu przeciwko umieszczaniu fizjologii na piedestale.

Fizjologia w jego wszelkich wyznaniach ma się jednak dobrze: dbałość o pieniążki, dobre jedzenie i samcza sprawność należą do jego osobistego dekalogu. Fakt, iż musiał pożyczać od Zygmunta Hertza na papierosy, odnotowuje jako największe upokorzenie. Zazdrośnie podkreśla, jakie to fory miało na Zachodzie pokolenie emigrantów z Europy Wschodniej, które przyszło po nim. Uroki mieszczańskiej cywilizacji takie jak stałe pory posiłków, pewność jutra, tytuł profesora osiągnięte nie tyle dzięki inteligencji i przebojowości, co końskiemu zdrowiu i pracusiowatości, którymi przebijał nawet Amerykanów, wychowanych w protestanckim kulcie pracy, być może miały dla niego większy powab niż literacka sława, bez której musiał się przecież przez dziesiątki lat obywać.

(więcej…)

Kapuściński - człowiek limitowanej dobroci

9 maj 2009

Kapuściński, bardzo dobry, pracowity i utalentowany dziennikarz i pisarz. Nic nie spadało mu z nieba, wszystko musiał wypracusiować, potrafił ponoć po 10 razy przepisywać swoje teksty. Kiedy słyszę tylko peany na jego cześć przekora każe mi dobrać mu się pośmiertnie do skóry.

Po co pisał ? Czy tylko po to by uwrażliwić świat na krzywdę innych ? Ludzie którzy żyją wyłącznie po to, by pomagać innym, nie są pisarzami, są działaczami społecznymi, organizują szpitale, sierocińce, przytułki, opracowują programy wspierania i usamodzielniania ubogich, pomagają w sposób bezpośredni. Taką osobą była Matka Teresa, taką osobą był ksiądz Żelazek, wcześniej z pewnością św. Franciszek.

(więcej…)


Subskrypcja
RSS