O blogu

Tytuł blogu wziął się z współczucia dla mitycznego Syzyfa. Nie podoba mi się okrucieństwo greckich bogów. Dlatego wyposażyłem Syzyfa w niepojętą misję, by jego trud służył jednak czemuś dobremu. Nie wiem na czym to dobre polega, ale czuję, że jest… Trudniej mi jednak nabrać podobnego przeświadczenia wobec własnego trudu. Jego użyteczność, to dla mnie ciągle aktualny problem. Dlatego nazwałem blog „Notatnikiem Syzyfa”. Jestem jednak Syzyfem zbuntowanym, który nie godzi się na jałowość i szuka najlepszej dla siebie misji. Zdążył już ujrzeć głęboki sens w trudzie każdej istoty dobrej woli, jednak na własne życie patrzy trochę jak ślepiec… Czy odzyska dar widzenia?

Konsumpcyjnego model życia poddano już totalnej krytyce. Wydawać by się mogło, że jest ośmieszony i bez przyszłości jak komunizm.  Codzienność jednak temu ciągle przeczy.  Ciągle odkrywamy nowe potrzeby, przybywa nam rzeczy, które uzyskują status niezbędnych, a nasza wolność niestety się kurczy. Joga, siłownia, lepienie garnków, zabiegi kosmetyczne i rehabilitacyjne, safari… Są to oczywiście rzeczy pożyteczne.  I byłaby z nich wielka korzyść, gdyby stanowiły urozmaicenie sensownego życia. Gdyby nie przeradzały się kolejny – tym razem bardziej wyrafinowany – rodzaj konsumpcji, maskującej naszą wewnętrzną pustkę.

Jaką wartość przedstawiamy, gdy staniemy się zupełnie nadzy, gdy nie okrywa nas już purpura ważnych dokonań, gdy los zrywa dystynkcje świadczące o przynależności do kasty wybranych ? Co zrobić, aby uniezależnić się od kaprysów fortuny ?

Jak budować swoje bogactwo, biorąc niewiele w posiadanie ? Jak być panem siebie, choćby … w łachmanach ?  Nie wiem czy taki cud jest możliwy, ale na pewno warto w niego wierzyć i stawać na głowie, by się ziścił.

Jaki jest na to sposób ? Może po prostu życzliwość do świata, zajmowanie się nim tak, jak swoim bliskim, bez wystawiania rachunków za klęski i niepowodzenia ? Może po prostu myślenie, tak intensywne, jakby od niego zależała jakaś zbawcza teoria. I rzecz najważniejsza: czynienie dobra na miarę możliwości.

Po co, to wszystko ? Może dla uśmiechu Boga, jeżeli się wierzy, może po to, by cieszyć się rodziną, a może po to, by się nie cieszyć niczym, a mimo to żyć i pomagać cieszyć się innym ?

Będzie to dużej mierze trud jałowy, wszak jedyną rzeczą, która pozostanie po nas na pewno – jest nicość. Kiedyś nie było świata, w którym żyjemy i kiedyś… nie będzie go znowu. Tymczasem ludzie marzą o nieśmiertelności.

Życie wieczne po śmierci, to dla wielu perspektywa zbyt mglista… Dlatego marzy nam się także nieśmiertelność ziemska, czyli życie w dobrej pamięci potomnych. Nie ma artysty, który nie pragnąłby, żeby jego dzieła miały nieprzemijającą wartość; nie ma budowniczego, który nie marzyłby, żeby jego budowla służyła potomnym po wsze czasy; nie ma naukowca, który nie chciałby, aby dobrodziejstwa jego odkryć służyły ludziom przez wieki.

Motorem tego typu starań jest strach przed nicością i wprost gigantyczna pycha. Nikt nie chce być zapomniany, wymazany… i to jest w pełni zrozumiałe. Jest jednak i druga strona medalu: tylko nieliczni mogą przetrwać wieki, tylko nieliczni są obdarzeni talentami wynoszącymi wysoko ponad przeciętność, tylko nieliczni trafią do historii i na pomniki… Zdecydowana większość z nas spędzi swe życie na trudzie, o którym szybko się zapomina. Zatem każdy, kto walczy o ziemską nieśmiertelność, walczy o to, aby być wywyższonym, zabiega o pośmiertne hołdy, chce się wyróżnić z masy przeciętności, dla której rzekomo dokonywał swoich wielkich czynów.  – Wybudowałem sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu – mówi jeden z poetów. Jest z siebie zadowolony, zna swoją wartość, jego duma strasznie by ucierpiała, gdyby zginął w morzu pospólstwa…

Pospólstwo zostaje tutaj pozbawione prawa do nieśmiertelności. Pospólstwo jest skazane, wymazane… Taka postawa zakrawa dziś na okrucieństwo. Jesteśmy za tym, by każdy ludzki trud, każde dobro –  niezależnie od tego czy uczynione przez geniusza, czy przez niepełnosprawnego intelektualnie – mogło być wieczne. Nie chcemy nicości ani dla wielkich, ani dla małych, ani dla wierzących, ani dla niewierzących.

Czy potrafimy jednak uchronić przed nią kogokolwiek ? Zmartwychwstanie wyjednał ludziom Chrystus. Jeżeli kiedyś ludzie dostąpią tego zaszczytu, to na pewno nie na skutek osobistych wysiłków, tylko dzięki woli Boga.

A gdy ktoś nie czuje obecności Boga ? Wtedy ludzie skazani są - według niego - na nicość…  i sprawiedliwość. Wszak pomniki trwalsze niż ze spiżu też kiedyś się rozlecą. Bez Boga wszyscy staną się jednakowo nieobecni.  Może to sposób na ukaranie ludzkiej pychy ?

Jednak póki żyjemy, robimy wszystko, by nie być nikim. Chcemy być obecni w sercach i myślach innych. Staczamy walkę z przemijaniem, choć wiemy, że bez interwencji Istoty, która ma moc stwarzania rzeczy wiecznych, rodzimy się i umieramy pokonanymi.  Co nas do tej walki mobilizuje ?  Rozum ? Wiedza ? Silna wola ? A może zwyczajny i nadzwyczajny zarazem, instynkt życia ? Gdy instynkt życia ulega upośledzeniu,  rozum można wyrzucić na śmietnik. Żadna filozofia nie przekona nas do życia, gdy zbraknie witalnej siły, której źródła biją tam, gdzie nasz rozum nie sięga.

Gdy próbujemy zgłębić tajemnicę istnienia rozumem, to niechybnie docieramy do stwierdzenia: Absurdem jest żeśmy się urodzili i absurdem, że umrzemy.  Wszyscy jesteśmy wtedy Syzyfami. Zacytowane zdanie niesie jednak bardzo ubogą treść, czyni nasze życie czymś w rodzaju ewolucyjnej pomyłki. Hołdując tej sentencji, redukujemy nasze człowieczeństwo do wymiaru fizyko-chemicznego. Jednocześnie czujemy, że to, co najważniejsze jest gdzieś indziej… Dotykamy tego naszymi emocjami, uczuciami,  sycimy się dzięki temu psychicznie, czujemy, że jest, lecz nasz intelekt jest wobec tego bezradny…

Jako racjonaliści jesteśmy więc tylko trudzącymi się bezużytecznie Syzyfami. Jako ludzie pokory czujemy, że w tym co robi Syzyf jest coś więcej niż jałowy trud… I to „coś więcej” musi nam wystarczyć. Szukanie tego „coś więcej” będzie właśnie tematyką tego blogu. Oczywiście nie da się uniknąć wyważania już otwartych drzwi i odkrywania Ameryki. Wszyscy jesteśmy do pewnego stopnia wtórni.  Ale nie chodzi to, by być w pełni oryginalnym. Czasami wystarczy, gdy oswoimy cudze pomysły, bądź nadamy im własną rangę lub interpretację.

Szukający to człowiek, który nie chce być Syzyfem, ale w swoim przeświadczeniu często nim jest, bo poczucie, że owo „coś więcej” istnieje, jest u niego wiatrem podszyte.  Być może razem z bliźnimi z wędrującymi po cyberprzestrzeni, rezultaty tego poszukiwania będą owocniejsze ?


Subskrypcja
RSS