A. Appelbaum: Prawda dla byłych komunistów jest haniebna
[...] jeżeli łotry i kanalie starego systemu pozostają bezkarni, nie ma żadnych szans, by dobro zatriumfowało nad złem - A. Applebaum, „Gułag”, Świat Książki, Warszawa 2005.
W recenzjach książki Anne Applebaum pt. „Gułag” wielu autorów pominęło rzecz najistotniejszą: próbę zmierzenia się pisarki z problemem niedostrzegania przez intelektualistów zachodnich zbrodniczości systemu komunistycznego przy jednoczesnym eksploatowaniu w nauce, sztuce i wszelkich mediach zbrodni nazizmu.
Oczywiście Applebaum nie ubolewa z tego powodu, że jakiekolwiek związki z nazizmem kładą się poważnym cieniem na reputacji osób zajmujących się działalnością publiczną. Zdaniem pisarki niebezpieczne jest to, że zbrodnie komunistów (acz wcale nie mniej straszne w skutkach niż zbrodnie Hitlera i jego współpracowników - przyp. J.L), nie są powszechnie piętnowane, a ich sprawcy nie tylko nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności karnej, ale nawet nie wytłumaczyli się ze swej zbrodniczej działalności.
Odpowiedź na pytanie dlaczego tak się dzieje jest złożona. Dla osób, które nie mają dostępu do ksiązki podaję fragmenty tez Applebaum w przypisie[1]. Nie są to jednak rzeczy w tym momencie najistotniejsze, gdyż podobne wyjaśnienia możemy znaleźć w wielu innych źródłach.
Największą przysługę Anne Applebaum oddaje czytelnikowi, zwracając uwagę na skutki nierozliczenia komunistycznej przeszłości.
Luki w świadomości historycznej mają również poważne konsekwencje dla procesu kształtowania się społeczeństwa obywatelskiego i rządów prawa w Rosji - czytamy w podsumowaniu książki. Mówiąc bez ogródek - jeżeli łotry i kanalie starego systemu pozostają bezkarni, nie ma żadnych szans, by dobro zatriumfowało nad złem. Brzmi to może nieco apokaliptycznie, ale znajduje bezpośrednie odbicie w sferze życia publicznego. Żeby zapewnić poszanowanie porządku publicznego, policja nie musi wyłapać wszystkich kryminalistów, ale nieodzowne jest, by ujęła znaczący ich odsetek. Nic tak nie sprzyja bezprawiu, jak widok cieszącego się bezkarnością bandyty, unoszące swój łup i śmiejącego się obrabowanym w twarz. Funkcjonariusze tajnej policji zachowali swoje służbowe mieszkania, swoje dacze i swoje specjalne emerytury. Ich ofiary żyją w nędzy, zepchnięte na margines życia społecznego. Większość Rosjan odnosi dziś wrażenie, że im bardziej ktoś kolaborował w przeszłości, tym lepiej na tym wyszedł, a stąd prosty wniosek im więcej ukradniesz i nałgasz dzisiaj, tym lepsza czeka cię przyszłość.
W Polsce jest podobnie
Powyższy fragment - acz pisany z myślą o Rosji - odnosi w dużej mierze do wszystkich państw postkomunistycznych, także Polski.
Brak sankcji dla donosicieli, funkcjonariuszy pezetpeerowskich, pracowników policji politycznej… w warunkach transformacji ustrojowej oznaczał w istocie przyznanie tym ludziom kolejnych przywilejów. To przecież oni posiadali kontakty, umożliwiające nabywanie za symboliczne pieniądze przedsiębiorstw państwowych i szybkie bogacenie się. To oni ustawiali przetargi, mieli dostęp do tajemnic gospodarczych i zainteresowani byli bankructwem firm należących do państwa. Ojciec Krzysztofa Olejnika powiedział wprost, że miejscowa policja zaproponowała mu układ polegający na tym, że oni ułatwią mu przejmowanie za bezcen państwowych zakładów mięsnych, a on będzie się z nimi dzielił łupami z miejscowymi kacykami. Naiwnością byłoby sądzić, że to była jedyna tego typu propozycja. Najprawdopodobniej setki, jeżeli nie tysiące, podobnych układów doszło do skutku.
Oczywiście dawna nomenklatura nie zawłaszczyła całej Polski. Największa część polskiej gospodarki została sprzedana firmom zagranicznym. Jednak nie byłby one w stanie tak swobodnie operować na polskim rynku bez układów korupcyjno-biznesowych ze światem polskiej polityki, który w dużej mierze kształtowany jest przez postkomunistów zarówno tych świeżej daty, jak i tych nawróconych przed laty na antykomunizm.
Środowisko „Wyborczej” osiągnęło, co chciało
W sumie zostały spełnione wszystkie postulaty środowiska „Gazety Wyborczej” z 1989 r., wyrażone w artykule Ernesta Skalskiego „Wielki Kompromis”, w którym autor domagał się uwłaszczenia tzw. nomenklatury na specjalnie korzystnych zasadach:
To musi być oferta dla całego aparatu…- pisze Skalski - trzeba tym ludziom otworzyć możliwość ubiegania się o przejmowanie na własność części majątku, którym zarządzają jeśli dają nie gorsze od innych gwarancje jego wykorzystania. Na pewno zaś należy im obiecać co najmniej roczne wypowiedzenie z zachowaniem realnej wartości zarobków, zachowanie przywilejów niechby drażniących, wszechstronną pomoc przy podejmowaniu nowego zajęcia czy samodzielnej działalności gospodarczej. Ewentualne wcześniejsze odpowiednio korzystne emerytury. Oraz - co ważne - żadnych osobistych rozliczeń z tytułu ich wcześniejszej działalności[2].”
Kiedy indziej w roli obrońcy dawnych funkcjonariuszy UB wystąpił sam naczelny „Wyborczej” Adam Michnik, który na forum Sejmu, jako poseł, wygłosił protest przeciwko odebraniu przywilejów emerytalnych byłym ubekom, a następnie głosował przeciwko rządowemu projektowi ustawy, który te przywileje ograniczał.[3]
Nasi kapitaliści jak „nowi Ruscy”
Beneficjenci przemian ustrojowych chcieliby teraz, aby lud miał zaufanie do państwa, aby zrozumiał, że wspieranie prywatnej własności leży w jego interesie, a ludzi bogatych uznał wreszcie za zbawców ojczyny, niezależnie skąd ich bogactwo pochodzi. Ich stosunek do prostych ludzi jako żywo przypomina postawy „nowych Ruskich”, zauważone przez Applebaum:
Byłam kiedyś świadkiem klasycznej „nocnej Rosjan rozmowy”, która toczyła się w mieszkaniu moich moskiewskich przyjaciół - pisze Applebaum. W pewnym momencie - bardzo już późno w nocy - dwóch z uczestników spotkania - obaj dobrze prosperujący przedsiębiorcy - zaczęło rozważania w duchu: jakże skretyniały i naiwny jest lud rosyjski. I ileż my przewyższamy go inteligencją. Stara stalinowska zasada podziału ludzi na kategorie, głębokiego rozziewu między wszechmocną elitą i bezwartościowymi „wrogami ludu” przejawia się właśnie w pogardzie, z jaką „nowi Ruscy” traktują pozostałych rodaków. Jeśli elita rosyjska nie dojdzie - i to szybko - do wniosku, że ważni są wszyscy obywatele kraju, Rosja skończy w ostatecznym rozrachunku jako państwo w rodzaju dzisiejszego Zairu [...].
W Polsce każdy przedsiębiorca, czy to jest właściciel gazety czy masarni głowi się jak zaniżyć swoje podatki i jak najmniej zapłacić ludziom, natomiast od nędznie zarabiających pracowników oczekuje się trzymania buzi na kłódkę i propaństwowej postawy.
Osoby pracujące na niskich stanowiskach traktowane są jak niewolnicy. Wielu moich znajomych, zatrudnionych w prywatnych firmach, dzieli się ze mną informacjami wprost niewiarygodnymi. Na przykład moja sąsiadka pracująca w dużej firmie jako sprzątaczka, została przez pana prezesa zwymyślana od kurwy, bo się na chwilę zatrzymała, by zamienić dwa słowa z koleżanką. Inna znajoma, która została zwolniona z pracy z naruszeniem prawa, w całym mieście nie mogła znaleźć adwokata, który by ją reprezentował, bo - jak argumentowali prawnicy - szef firmy, która ją zwolniła trzęsie całym miastem i nikt mu nie podskoczy. Nie trzeba dodawać, że ów szef swoją siatkę kontaktów zbudował jeszcze za poprzedniego ustroju.
Takie przykłady można by mnożyć. I nie chodzi tu tylko o to, że płaca jest niska a prawo pracy jest w głębokim niepoważaniu. Nie mniej przykre jest bezprzykładne chamstwo nowych kapitalistów wobec pracowników. Podobnie jak „nowi Ruscy” uważają, że ci, których przymus ekonomiczny zmusił do pracy w ich firmach, to rodzaj podludzi, skoro nie okazali się tak sprytni, jak oni i nie zbudowali sobie sieci kontaktów, dzięki którym mogliby eksploatować innych.
Polski kapitalizm wchłonął całą masę moralnych prymitywów, którzy świetnie opanowali sztukę przetrwania, ale nie mają bladego pojęcia o kulturze i dostają szewskiej pasji, gdy ktoś zwróci im uwagę, że wykorzystywani przez nich osobnicy to pełnoprawni obywatele, którzy mają prawo do zaspokojenia swoich ludzkich potrzeb.
Przy całkowitej impotencji związków zawodowych (procent uzwiązkowienia jest w Polsce najniższy w Europie), pozorowanej działalności Inspekcji Pracy oraz rachityczności polskiego sądownictwa - przedsiębiorca jest w Polsce całkowicie bezkarny. Chamstwo i wyzysk - tego przede wszystkim doświadcza zdecydowana większość zatrudnionych w sektorze prywatnym.
Prawda wrogiem publicznym nr 1
Zasygnalizowane wyżej bezprawie dzieje się przy aktywnym udziale komunistów w życiu publicznym:
Dominacja byłych komunistów w kalekiej i niepełnej dyskusji o przeszłości, jaka trwa w świecie postkomunistycznym, nie jest dziełem przypadku - pisze A. Applebaum. Mówiąc brutalnie - byli komuniści mają wszelkie powody, by ukrywać prawdę o przeszłości, ta bowiem jest dla nich haniebna, plami ich, podkopuje ich pozycję, podważa wiarygodność, podważa wiarygodność podnoszonych przez nich pretensji do „reform”. Dzieje się tak nawet wówczas, gdy ludzie ci nie mają osobiści nic wspólnego popełnionymi niegdyś zbrodniami. Na Węgrzech była partia komunistyczna - przemianowana teraz na socjaldemokratyczną - prowadziła zajadłą kampanię przeciwko otwarciu muzeum ofiar terroru. Po dojściu do władzy w Polsce w 2001 r. byli komuniści - również przefarbowani na socjaldemokratów - natychmiast obcięli budżet Instytutu Pamięci Narodowej założonego przez centroprawicowych poprzedników[4].
Ktoś zapyta: jaki jest związek między nierozliczeniem byłych komunistów, a tragicznymi warunkami pracy w wielu polskich przedsiębiorstwach. A taki, że jeżeli łotry i kanalie starego systemu pozostają bezkarni, nie ma żadnych szans, by dobro zatriumfowało nad złem. Te słowa A. Applebaum odnosiły się co prawda do Rosji, ale doskonale wiemy, że każdy kraj postkomunistyczny miał swoich łotrów i swoje kanalie, na miarę panujących w tych krajach warunków. Miała i ma je także Polska. I choć poziom patologii w życiu społecznym jest w Polsce niższy niż w Rosji, nadal mamy do czynienia z powszechnym oszukiwaniem ludzi. Z tym, że kiedyś robiło to się w imię socjalizmu, a teraz w imię kapitalizmu z nieludzką twarzą. A najgorsze jest to, że zarówno kiedyś, jak i obecnie, oszukują często ci sami ludzie.
Takie osoby jak Leszek Miller czy Aleksander Kwaśniewski może nie zasługują wprost, by nazwać ich łotrami i kanaliami, ale na pewno zasługują na miano wiernych towarzyszy łotrów i kanalii. Byli wszak w samym epicentrum systemu, który dokonywał skrytobójczych mordów, oszukiwał obywateli swego państwa i ograniczał brutalnie ich wolność. Szybko przeprowadzona dekomunizacja mogłaby oczyścić atmosferę u progu niepodległości i odsunąć do politycznych profitów tych, którzy dali się poznać jako zawodowi oportuniści, gardzący masami, którymi mieli pretensje przewodzić.
„Wyborcza” odrzuca swoje żniwo
Po 20. latach transformacji „Gazeta Wyborcza” wyraziła swe zdziwienie, dlaczego jest tak źle, choć miało być tak pięknie. Niepokój dziennikarza „Gazety”, Marka Beylina wzbudziła anormalna sytuacja na rynku pracy w mazurskich miastach:
Młodzi szukają więc pracy w okolicznych miastach. Jednak pracy jest mało, kto znalazł, trzyma się jej za wszelką cenę. A cena jest wysoka. - Pracujemy przy szkodliwych substancjach - opowiada X. - Ale testy są fałszowane, nic nie wykazują, więc nie należy się nic za pracę w szkodliwych warunkach. - Robimy w hali pod blachą, niedawno w ramach poprawy warunków pracy powieszono tam termometr, wykazał 61 stopni. Właściciel i tak krzyczał, że za wolno pracujemy - mówi Y. - W mieście, gdzie pracuję, jest tylko kilkunastu przedsiębiorców, wszyscy się znają. Jak ktoś się postawi jednemu, nie znajdzie pracy u nikogo. Jeśli chcemy tu żyć, nic nie możemy zrobić - komentuje Z.
Takich opowieści jest na pęczki - pisze Marek Beylin. Ci ludzie ani nie chcą, ani nie mają jak upomnieć się o swoje elementarne prawa. Ich horyzont myślenia o publicznym świecie ogranicza się do tego, jak przetrwać. Polityka centralna, wybory, spory o katastrofę czy o to, kto jest lepszym patriotą, nie mają dla nich znaczenia, nie rozwiązują żadnego ich problemu i nie zaspokajają żadnej życiowej potrzeby. Demokracja kojarzy im się przede wszystkim z wielkim życiowym trudem, na pewno nie czują się bardziej wolni niż kiedyś.
Można powiedzieć: znaleźli się akurat w złym miejscu i złej fazie kapitalizmu. Tyle że ten
dziki kapitalizm wpychający ludzi w niemal niewolniczą zależność stabilizuje się i instytucjonalizuje przez nieformalne porozumienia przedsiębiorców, lokalnych polityków i urzędników.
Gdy zwykły obywatel nie spłaca kredytu, to posyła się do niego firmę windykacyjną, albo komornika, ale gdy przedsiębiorca nie płaci ludziom, to jest tylko biznesmenem z przejściowymi kłopotami, którego nikt nie ruszy. Na całym świecie firmy pożyczają pieniądze od banków, a w Polsce do kredytowania kapitału zmusza się robotników, nie płacąc w terminie wypłaty. Oczywiście nie wszyscy tak robią i nie wszyscy prowadzą swój biznes po złodziejsku, ale fakt, iż nie próbuje się wcale z tym zjawiskiem walczyć, zachęca do oszustw tych, którzy próbują jeszcze być uczciwi.
Owych patologii Nie zmienią [...] odgórne zarządzenia, kontrole - pisze dalej M. Beylin - zresztą żadna “góra” się do tego nie pali, zbyt wiele interesów jest w grze.
Jako remedium na panoszące się na naszym rynku pracy zło M. Beylin proponuje poprawę szans życiowych „ludzi wychowujących się we wsiach” (jakby tylko oni padali ofiarą oszustów), czyli „edukacja od przedszkola, dostęp do Internetu i do świata przedstawionego w publicznych mediach”.
Większej bzdury trudno sobie wyobrazić. Wszak ofiarami nieuczciwych pracodawców są zarówno ludzie ze wsi, jak i z miast, którzy są wykształceni i mają dostęp do Internetu. Pracownik, wykształcony i świadomy swoich praw tak samo może być wykorzystany i upokorzony, jak świeże „mięso” robocze ze wsi, bo jeszcze się taki nie urodził, który wygrałby z miejscową sitwą tylko dlatego, że ma słuszność.
Poza tym nie należy obrażać ludzi ze wsi. Ich już nie dzieli przepaść cywilizacyjna i intelektualna od tych z miasta. Ci, którzy zdecydowali się opuścić wieś w poszukiwaniu pracy, to osoby na ogół zaradne i wiedzące jak się bronić. I z pewnością by się broniły, gdyby państwo - poprzez instytucje egzekwujące prawo - taką szansę obrony stworzyło.
Wielce wymowna jest w tej materii wypowiedź jednego z internautów, który na forum ogólnopolskiego portalu pisze:
Dlaczego na obcej ziemi nikt rodaków nie okrada, dlaczego na obcej ziemi pracodawca boi się oszukiwać i zaniżać pensje ? Bo tam jest rząd i respektowane są założenia rządu, za nieprzestrzeganie praw pracy koszta są wysokie w Anglii, za zatrudnienie na czarno, jeśli złapią, kara jest adekwatna - 5000 tys. funtów, u nas - 500 zł, lub wcale, bo przeważnie są układy, a na układy nie ma rady.
Nie jest to niestety wypowiedź jednostkowa. Repertuar oszustw polskich pracodawców jest tak bogaty, że można by na ten temat napisać książkę. Dla bardzo znacznej części polskiego społeczeństwa czasy pogardy nie minęły, lecz zyskały tylko demokratyczną legitymację. Dawniej narzucona władza pogardzała klerykalnymi masami, dziś demokratycznie ustanowione instytucje gardzą problemami zwykłych ludzi, choć rzekomo do ich rozwiązywania zostały powołane. Kiedy obca władza krzywdziła obywateli, można było żyć nadzieją, że się ją kiedyś obali, ale gdy legalna władza krzywdę uważa za immanentny element gospodarczej strategii, to wielu oszukanym obywatelom nie pozostaje nic prócz tępej nienawiści.
Pracownicy nie są - rzecz jasna - bez winy, ale kto będzie szanował pracodawcę, który poniża pracownika, płaci marnie, zmusza do bezpłatnych nadgodzin i pracy w warunkach szkodliwych dla zdrowia, notorycznie „zapomina” opłacać za niego ZUS etc., etc.
Powróćmy jeszcze artykułu Marka Beylina, a szczególnie do passusu mówiącego o „dostępie do Internetu i do świata przedstawionego w publicznych mediach”. Gdyby redaktor poszperał trochę po lokalnych portalach internetowych i tzw. giełdach pracy, to bez trudu zauważyłby, że osoby z nich korzystające to jedna z najbardziej sfrustrowanych grup pracowników najemnych. Tyle rozżalenia z powodu niecnych praktyk pracodawców, tyle bezsilnej złości i defetyzmu nie przeczyta się chyba nigdzie. Młodzi ludzie, którzy na „łamach” tych portali się wypowiadają są przekonani, że lokalne układy, to żelazobeton, którego nie skruszy żadna siła. Sam Internet to ani luksus, ani narzędzie pomagające walczyć z bezprawiem. Internet to tylko „miejsce”, gdzie oszukiwani mogą się wypłakać.
A czy ofiarom patologii na rynku pracy potrzebny jest dostęp do świata przedstawionego w mediach ? Od czego są media ? Czy przypadkiem nie od tego, żeby pokazywały świat taki, jaki jest ? Świat lokalnych, układów, korupcji, bezprawia… w proporcji takiej, jak istnieje świecie realnym. To nie ludzie mają podążać za światem medialnym, tylko media mają obowiązek odzwierciedlać świat prawdziwych ludzi. Podążanie za medialnymi mistyfikacjami może się skończyć jednym: bolesną porażką. Medialne chimery dobre są może dla tych, co je wymyślają, bo dzięki temu mają jakieś zajęcie. Dla ludzi od ciężkiej roboty nie ma nic cenniejszego (oprócz rodziny - rzecz jasna) niż praca i płaca zgodna z umową. Oni doskonale wiedzą, że świat medialny jest sztuczny i wcale do niego nie tęsknią.
To, że Internet i edukacja od przedszkola są antidotum na patologie rynku pracy jest takim samym mitem, jak zbawienne skutki kształcenia na poziomie wyższym. Wielki wysyp bezrobotnych magistrów - którzy niemal w 100 procentach korzystają z Internetu - jest tego wymownym przykładem.
Jeżeli media nadal będą redukować swe funkcje edukacyjne i ograniczać się do dostarczania trywialnej rozrywki, to świat przez nie przedstawiony będzie tylko światem ułudy. Cóż mogą one zaproponować wyedukowanym solidnie (od przedszkola) telewidzom ? Mają ich przekonywać do wcielania w życie serialowej fikcji lub wzorców propagowanych przez durne relity show ? Dalsze podążanie w kierunku komercjalizacji uczyni media raczej złodziejami czasu i ogłupiaczami, niż inicjatorami działań pożądanych społecznie. Zatem „awans” do świata przedstawionego w „publicznych” mediach może co najwyżej oznaczać przepustkę do świata intryg, seksizmu, hedonizmu, nihilizmu i purnonsensu. Aż chce się zawołać: Boże, nie karz ludzi takim „awansem !”.
Komunistyczne zło kamieniem węgielnym III RP
Jest rzeczą oczywistą, że za jakość polskiego kapitalizmu oraz poziom polskiego życia społecznego odpowiadają nie tylko byli komuniści i „Gazeta Wyborcza”. Jest też oczywistością, że nieuczciwość pleniłaby się niezależnie od tego czy zbrodnie i błędy przeszłości zostałby rozliczone. Zło potrafi wykiełkować wszędzie.
Warto jednak pamiętać, że rezygnując z nazwania, sklasyfikowania i obłożenia moralną anatemą zarówno samego zła przeszłości, jak i jego sprawców, popełniono ciężki grzech zaniechania. Wszak w praktyce oznaczało to wkomponowanie starego zła w nową demokratyczną rzeczywistość. Nie trzeba przekonywać, że musiało to ją zatruć u samego zarania, zanim „dorobiła” się własnych patologii.
Brak potępienia sprawców, to kpina z ofiar
Nowa polska rzeczywistość wykluwa się w atmosferze negacji komunistycznych zbrodni i budowaniu zbrodniczego oblicza polskiej prawicy międzywojennej. Pod tym względem między PRL a III RP jest zdumiewająca ciągłość. Przynależność do Narodowej Demokracji lub Młodzieży Wszechpolskiej dyskryminuje naszych polityków niemal tak samo jak nazizm. Jednak masowe mordy na polskich patriotach, dokonywane przez komunistyczny aparat represji, acz szły w dziesiątki tysięcy, nie mają swoich winowajców. Ilu ludzi w Polsce poniosło śmierć z rąk polskiej prawicy ? Czy walkę z żydowskim handlem da się w ogóle porównać z eksterminacją polskich elit ?
Czyżby śmierć z ręki komunistów była mniej straszna ? Czyżby ofiary komunizmu w sensie ludzkim mniej znaczyły niż ofiary hitleryzmu ? Czy kilka milionów Ukraińców, którzy umarli śmiercią głodową, to w sensie ludzkim mniejsza strata niż kilka milionów Żydów ? Czy życie ludzi którzy zginęli w wojnie domowej w Rosji, w łagrach, w wyniku licznych powstań chłopskich, klęsk głodu, kolejnych czystek stalinowskich, deportacji… mniej znaczy niż życie ludzi, którzy zostali zgładzeni w hitlerowskich obozach zagłady ? Ile istnień ludzkich powinien pochłonąć komunizm, by na skali zła mógł zrównać się z hitleryzmem ? Ilu uśmierconych Ukraińców powinno przypadać na jednego zabitego Żyda, by świat zauważył, że komunizm uśmiercał równie masowo i okrutnie ?
Oczywiście inne pobudki skłaniały ludzi ku komunizmowi i inne ku nazizmowi. Jednak dla ofiar nie miało to większego znaczenia. A właściwie miało, jeżeli o samym rodzaju śmierci mówić: śmierć w komorze gazowej - przy całym szacunku dla ofiar hitlerowskich obozów zagłady - była z pewnością mniej straszna niż śmierć głodowa. Tortury stosowane przez NKWD i polskie służby bezpieczeństwa był bardziej wyrafinowane od hitlerowskich.
Łagry mogą się wydawać bardziej „humanitarne” niż obozy hitlerowskie. Wszak nie stworzono ich po to, by masowo uśmiercać w nich ludzi. Jednak ich liczebność, długi okres funkcjonowania oraz warunki w nich panujące powodowały, że znalazło w nich śmierć więcej osób niż w hitlerowskich obozach zagłady.
Zatem wszelkie relatywizowanie zbrodni komunistycznych i traktowanie komunistycznej ideologii jako rodzaj snobizmu i zabawy dla zbuntowanej młodzieży, to odmawianie należnej czci jego ofiarom. Nie da się co prawda wykluczyć, że dla niektórych komunizm rzeczywiście był zgrywą, ale jednocześnie nie sposób zaprzeczyć, że niezliczone trupy, które są jego dorobkiem, to trupy prawdziwe.
Takie przerzucanie się liczbami pomordowanych może się wydawać małostkowe, irytujące czy wręcz prymitywne. Niektórzy mogą też sądzić, że czyni się to po to, by usprawiedliwić nazizm. Chodzi jednak o coś zupełnie innego. Jest to protest przeciwko gigantycznej zbrodni zakłamywania pamięci i gloryfikowania jednej z najbardziej zbrodniczych ideologii naszych czasów.
Szkielety więzów Oświęcimia świat ujrzał już pod koniec wojny, o robieniu mydła z ludzi uczy się już kilka pokoleń Polaków, ofiary nazizmu upamiętniono wieloma tysiącami pomników i muzeów, na temat zbrodni niemieckich nakręcono w Polsce dziesiątki filmów… Przez kilka dziesiątek powojennych lat żyliśmy w cieniu cmentarzy ofiar hitleryzmu. I niektórym z nas prawie już zdołano wmówić, że to jedyne ludobójstwo XX wieku. Przebicie się teraz do świadomości ludzi z bezlikiem nowych hekatomb, ponowne wstrząśnięcie uśpionym już sumieniem świata i wpisanie komunizmu na listę największych hańb ludzkości jest zadaniem bardzo trudnym. Zbyt wielu postkomunistów jest jeszcze w polityce i zbyt wiele interesów „jeszcze jest w grze”. Wymaga to odwagi, konsekwencji i niestandardowej argumentacji. I nie chodzi tu głównie o samą wiedzę o zbrodniczości systemu, tę przecież nietrudno zdobyć. Najważniejsza jest ponowna analiza drogi prowadzącej do zbiorowych mordów, w poczuciu szacunku dla ofiar i wstrętu do poczynań sprawców. Taki „rachunek sumienia” wymaga też gotowości do elementarnej ekspiacji wszystkich, którzy bezpośrednio lub pośrednio przyczynili się swoim działaniem do komunistycznych zbrodni. Tylko w ten sposób ta koszmarna lekcja historii może nam pomóc zrozumieć samych siebie.
System komunistyczny na przestrzeni lat oddalał się od swej stalinowskiej, najbardziej krwiożerczej odmiany, ale niemal do ostatnich dni swego istnienia zniewalał społeczeństwo i uśmiercał niewinnych ludzi. Kariery Millera, Kiszczaka czy Kwaśniewskiego nabierały rozmachu w cieniu tych śmierci. Ludzie ci maczali ręce w nieprawościach starego systemu i aktywnie wypaczali nowy. Przenosząc przesłanie książki A. Applebaum w polską rzeczywistość, nie uciekniemy od stwierdzenia, że prawda dotycząca przynajmniej niektórych aspektów działalności wymienionych (i wielu im podobnych) jest bez wątpienia haniebna, tak jak haniebna jest prawda o Putinie i całej postsowieckiej kamaryli.
[1]Wstęp, s. 11-17
Podczas przechadzki po Pradze A. Applebaum zauważyła na straganach „sowieckie parafernalia wojskowe: czapki epolety, klamry od pasków i cynowe znaczki z Leninem i Breżniewem [...]. Większość klientów, kupujących sowieckie emblematy, stanowili amerykańscy lub zachodnioeuropejscy turyści. Zapewne wszyscy oburzyliby się na samą myśl o noszeniu w klapie swastyki. Nikt jednak nie miał nic przeciwko przypięciu sierpa i młota do koszulki lub czapki. Tego rodzaju drobne obserwacje pozwalają uchwycić nastroje społeczne: symbole jednych zbrodni budzą w nas przerażenie, symbole innych - tylko śmiech.”
W kulturze masowej zabrakło filmów tej miary co „Lista Schindlera” czy „Wybór Zofii”, które w sposób równie ciekawy i wstrząsający opowiadały o łagrach.
Wysoka kultura też stroniła od tego problemu i na domiar złego ludzi uwikłanych w nazizm traktowała nieproporcjonalnie surowo w porównaniu z powszechnym przyzwoleniem na głoszenie poglądów komunistycznych. „Reputacja Martina Heideggera doznała uszczerbku za sprawą jego krótkotrwałej, acz nieskrywanej sympatii do nazizmu - entuzjazmu, który zrodził się na długo przed popełnieniem przez Hitlera największych zbrodni. Z drugiej strony opinia o Jeanie Paulu Sartrze nie ucierpiała zbytnio z powodu jego zajadłego poparcia dla stalinizmu, wyrażanego już w latach powojennych, kiedy nie było trudno o dowody licznych zbrodni Stalina”.
Po upadku Związku Sowieckiego wiele się w tej materii zmieniło, ale równie wiele „pozostało bez zmian”. „Jest na porządku dziennym, że amerykańscy uczeni uniwersyteccy wychwalają czystki stalinowskie lat trzydziestych, pisząc, że były niezwykle użyteczne, gdyż zmobilizowały ludzi i pozwoliły przygotować grunt pod prejestrojkę. Nadal zdarza się, że brytyjscy wydawcy odmawiają przyjęcia do druku artykułu z powodu „zbyt antysowieckiego wydźwięku”. Najczęstszymi postawami wobec terroru stalinowskiego, z jakimi się zetknęłam, są po prostu znudzenie i obojętność. Poniekąd szczera i pochlebna recenzja mojej książki poświęconej sytuacji w zachodnich republikach Związku Sowieckiego po roku 1990 zawierała ustęp: “Przez ziemie te w latach trzydziestych przeszła fala terroru głodowego, Stalin był odpowiedzialny za śmierć większej liczby Ukraińców niż Hitler Żydów. Ile osób na Zachodzie o tym pamięta ? W końcu to umieranie było tak bardzo nudne, tak zupełnie pozbawione jakiegokolwiek dramatyzmu”.
„Amerykanie i Europejczycy doskonale wiedzą, co wydarzyło się w Związku Sowieckim”. Książki Sołżenicyna zostały przez Zachód świetnie przyjęte, a w niektórych krajach (np. Francji) przyczyniły się nawet do rewolucji intelektualnej.
„Nie zmienia to faktu, że zbrodnie stalinowskie nie wywołują takiego wzburzenia, jak te popełnione przez Hitlera”
Powszechna obojętność wobec tragedii, jaką przyniósł komunizm ma - według A. Applebaum - następujące przyczyny:
- 1) Reżimy komunistyczne w ostatniej swej fazie łagodniały i stawały się coraz bardziej poprawne, co mogło rodzić przekonanie, że zawsze takie były.
- 2) Brak dostępu do archiwów oraz do terenów i miejsc, gdzie ludzie cierpieli najbardziej („Do sowieckich łagrów i ich ofiar nigdy nie dotarły kamery filmowe, tak jak pod koniec II wojny światowej stało się to w Niemczech”).
- 3) Ideologia. „Od lat trzydziestych niewielka grupa działaczy lewicy zachodniej usiłowała wyjaśnić, a niekiedy nawet usprawiedliwić i obozy i terror, który przyczynił się do ich powstania”. „Wielu aktywistów czuło zażenowanie wobec zainteresowania dysydentami więzionymi w obozach na terenie Europy Wschodniej. Może działo się tak dlatego, że nauki tych samych filozofów - Marksa i Engelsa - ukształtowały poglądy całej lewicy - zarówno zachodniej, jak i sowieckiej. Używano tych samych pojęć do opisania świata: „masy”, „walka”, „proletariat”, „wyzyskiwacze” i wyzyskiwani” czy też „własność środków produkcji”. Zbyt głębokie potępienie Związku Sowieckiego oznaczałoby potępienie czegoś, co było bliskie sercom wielu przedstawicieli lewicy zachodniej.
Ale nie tylko skrajna lewica i zachodni komuniści starali się znaleźć usprawiedliwienie dla zbrodni Stalina, czego nigdy nie zrobiliby w wypadku Hitlera. Ideały komunistów - sprawiedliwość i równość społeczna - były zdecydowanie bardziej atrakcyjne dla większości mieszkańców Zachodu niż nazistowski nacjonalizm i triumf nad słabymi”.
- 4) Kac moralny Zachodu, wynikający z faktu, że „… nie wyzwolono łagrów naszego sprzymierzeńca Stalina, tak bardzo przypominających obozy hitlerowskie. Nikt nie chce przyznać, że po wojnie w wyniku przymusowych repatriacji tysiące Rosjan poniosło śmierć, że oddając w Jałcie miliony ludzi pod władzę Stalina, przyczyniono się do popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości. [...] Nikt nie chce pamiętać, że pokonano jednego zbrodniarza z pomocą innego. Wszyscy zapomnieli, jakimi względami cieszył się ów morderca u zachodnich mężów stanu”.
„Kiedy w latach osiemdziesiątych kończyłam w Stanach licencjat, koledzy poradzili mi, żebym nie zawracała sobie głowy studiami magisterskimi na temat stalinizmu - wiązało się to z wieloma trudnościami. Ci, którzy pisali o Związku Sowieckim w sposób „przychylny”, mieli w nagrodę lepszy dostęp do archiwów i oficjalnych źródeł informacji, dostawali też dłużej wizy. Nie groziły im konsekwencje w postaci wydalenia i wynikających stąd problemów. Nie muszę chyba dodawać, że nikt z zewnątrz nie miał dostępu do materiałów dotyczących łagrów i poststalinowskiego systemu więziennictwa. Ten problem w ogóle nie istniał, a tych, którzy to drążyli, pozbawiano prawa pobytu w tym kraju.
Epilog. Pamięć, s. 520 i n.
W Rosji „Zażarta debata o sprawiedliwości , jaką należy oddać ofiarom, urwała się, jak nożem uciął. Mimo, że wiele mówiło się o tym pod koniec lat osiemdziesiątych, władze rosyjskie nigdy ani nie przesłuchały, ani nie postawiły przed sądem winnych tortur i masowych egzekucji, nawet tych, których wina była oczywista.”
„Dominacja byłych komunistów w kalekiej i niepełnej dyskusji o przeszłości, jaka trwa w świecie postkomunistycznym, nie jest dziełem przypadku. Mówiąc brutalnie - byli komuniści mają wszelkie powody, by ukrywać prawdę o przeszłości, ta bowiem jest dla nich haniebna, plami ich, podkopuje ich pozycję, podważa wiarygodność, podważa wiarygodność podnoszonych przez nich pretensji do „reform”. Dzieje się tak nawet wówczas, gdy ludzie ci nie mają osobiści nic wspólnego popełnionymi niegdyś zbrodniami. Na Węgrzech była partia komunistyczna - przemianowana teraz na socjaldemokratyczną - prowadziła zajadłą kampanię przeciwko otwarciu muzeum ofiar terroru. Po dojściu do władzy w Polsce w 2001 r. byli komuniści - również przefarbowani na socjaldemokratów - natychmiast obcięli budżet Instytutu Pamięci Narodowej założonego przez centroprawicowych poprzedników”.
„Niejasne interesy załatwiane w przeszłości między bratnimi partiami komunistycznymi trwają w takiej czy innej formie do dzisiaj. W niektórych krajach cały aparat tajnej policji - poczynając od kadr, na wyposażeniu i biurach kończąc - pozostał praktycznie nietknięty”.
Luki w świadomości historycznej mają również poważne konsekwencje dla procesu kształtowania się społeczeństwa obywatelskiego i rządów prawa w Rosji. Mówiąc bez ogródek - jeżeli łotry i kanalie starego systemu pozostają bezkarni, nie ma żadnych szans, by dobro zatriumfowało nad złem. Brzmi to może nieco apokaliptycznie, ale znajduje bezpośrednie odbicie w sferze życia publicznego. Żeby zapewnić poszanowanie porządku publicznego, policja nie musi wyłapać wszystkich kryminalistów, ale nieodzowne jest, by ujęła znaczący ich odsetek. Nic tak nie sprzyja bezprawiu, jak widok cieszącego się bezkarnością bandyty, unoszące swój łup i śmiejącego się obrabowanym w twarz. Funkcjonariusze tajnej policji zachowali swoje służbowe mieszkania, swoje dacze i swoje specjalne emerytury. Ich ofiary żyją w nędzy, zepchnięte na margines życia społecznego. Większość Rosjan odnosi dziś wrażenie, że im bardziej ktoś kolaborował w przeszłości, tym lepiej na tym wyszedł, a stąd prosty wniosek im więcej ukradniesz i nałgasz dzisiaj, tym lepsza czeka cię przyszłość”.
[2]Ernest Skalski, Wielki kompromis, Gazeta Wyborcza nr 60, wydanie z dnia 31 lipca 1989, str. 3-4; załącznik d.
[3]Stenogram 28 posiedzenia Sejmu z dnia 27 kwietnia 1990 roku. Dyskusja nad projektami ustaw o zmianie ustaw; o zaopatrzeniu emerytalnym; o zaopatrzeniu emerytalnym pracowników i ich rodzin oraz projektem uchwały, kol. 266-267; załącznik f.
[4] Walka o ograniczenie działalności IPN toczy się po dzień dzisiejszy. Katarzyna Piekarska z SLD zaproponowała 19 sierpnia 2010 obcięcie funduszy tej instytucji i przeznaczenie ich na łatanie dziur budżetowych.
[5]http://wyborcza.pl/1,76842,8172108,Polska_zaradna_gniecie_bezradna.html#ixzz0×2vU9zBH
Tagi: Applebaum, Dodaj nowy tag, gułag, komunizm, nazizm, obóz, rozliczenia