Powstanie Warszawskie to była piękna sprawa

Czesław Miłosz uważał, że motywacje młodzieży warszawskiej w 1944 r., były chybione, nie na miarę dwudziestego wieku. Jakże się mylił !!! Muzeum Powstania Warszawskiego robi furorę. Niestety wielu osobom to przeszkadza. Za bardzo ponoć gloryfikuje zryw powstańczy, za mało skupia się na jego mankamentach, zbyt mocno podkreśla bohaterstwo walczących, kosztem chłodnej analizy błędów i dwuznacznych motywacji dowództwa. Nie jestem przeciwny temu, by zwiedzający tę instytucję poznawał również argumentację osób, które uważają, że Powstanie nigdy nie powinno wybuchnąć. Byłbym jednak zaniepokojony, gdyby tego typu informacje miały decydujący wpływ na przekazywaną prawdę o roku 44. w Warszawie.

Wszak Powstanie było przede wszystkim patriotycznym zrywem, w którym imponderabilia liczyły się nieporównanie bardziej niż wojenna taktyka i sztabowe kalkulacje. To nie była walka równych z równymi, tylko wojna o coś tak ulotnego jak honor, który każdy naród i każde pokolenie interpretuje inaczej. Warszawiakom honor nakazywał walczyć, narażać się i umierać… Anglikom, Francuzom, Amerykanom - pewnie nie mieściło się już takie bohaterstwo w głowie. Nie znaczy to jednak, że tylko Polacy są walecznym narodem, a reszta świata to tchórze. Warszawiacy postąpili jak postąpili, ponieważ to wynikało z ich kultury, tradycji, wychowania, religii, temperamentu etc., etc. Że świat wtedy myślał i postępował inaczej ! No i co z tego. Powstańcy nie byli tacy jak świat: mieli swoją osobowość, swoją dumę i własny sposób na mierzenie się z fatalizmem historii. Komu się on nie podoba, nie musi chodzić do Muzeum Powstania i brać udziału w patriotycznych uroczystościach.

Fakt, iż Polacy: starzy i młodzi, wykształceni i niewykształceni, biedni i bogaci wychodzą stamtąd wzruszeni, świadczy, że potrzebowaliśmy tego rodzaju placówki jak kania dżdżu. Niewiele jest projektów, które by nas tak jednoczyły i nadawały naszemu patriotyzmowi walor atrakcyjności. To piękne, że w urządzanie Muzeum włączyło się tylu ludzi, że tylu artystów z sercem zabrało się do utrwalanie pamięci o „dziewczętach i chłopcach z tamtych lat”, że po ponad 60. latach Polska nadal jest dumna z tych, co nie zawahali się „pójść w płomienie”.

Czesław Miłosz uważał, że motywacje młodzieży warszawskiej w 1944 r., były chybione, nie na miarę dwudziestego wieku. Wychodził z założenia, że honor, etyka, kodeks rycerski (czytaj: oficerski), ojczyzna, naród - w dwudziestym wieku - cuchnęły naftaliną. Nie dał się wciągnąć w hecę zwaną Powstaniem Warszawskim, nie był w AK, był odporny na patriotyczny czad, dlatego ocalił siebie w sensie fizycznym i intelektualno-artystycznym. Imperatyw wierności nie spętał mu poetyckich skrzydeł, cały czas miał jasność spojrzenia i swobodę tworzenia. Nie musiał tak jak Dąbrowska, cierpieć wraz z ojczyzną.   

 Komunizm walczył z faszyzmem, a między dwie moce dostali się Polacy ze swoją etyką, nie opartą na niczym prócz wierności. Józef Conrad, ten niepoprawny polski szlachcic! A przecież w dwudziestym wieku, jak wskazywał przykład tego miasta, nie było już miejsca na imperatyw ojczyzny i honoru, nie wsparty żadnym celem.[1] - zauważa Miłosz.

 Pamiętajmy jednak, że Miłosz nie był Warszawiakiem. Do Warszawy przybył z Wilna na krótko przed rozpoczęciem wojny.  Jako poeta nie zdążył jeszcze zaistnieć. W prestiżowych kawiarniach literackich był nuworyszem. Nie miał tu przyjaciół z gimnazjum, ze studiów, obca mu była atmosfera tego miasta, jakże odmienna od kresowej wileńskiej senności. Nie wiązała go z Warszawą żadna sentymentalna nić, nie odnajdował tu swoich miejsc magicznych, zaułków, uliczek, wież kościołów, które mógłby uznać za własne, organicznie wbudowane w jego dzieciństwo, młodość, wspomnienie domu rodzinnego.

 W ciągu wieków jego istnienia Wilno nie straciło swego charakteru leśnej stolicy. Dookoła rozpościerała się zapadła prowincja Europy, a mieszkańcy tej prowincji mówiący po polsku, litewsku i białorusku, albo mieszaniną tych języków, przechowali wiele obyczajów i przyzwyczajeń nigdzie indziej nie znanych[2] - wspomina pisarz. [...] Pierwsze światło, jakie widziałem w życiu, pierwszy zapach ziemi, pierwsze drzewo - były światłem, zapachem i drzewem tamtych okolic, bo urodziłem się tam, w mówiącej po polsku rodzinie, nad brzegiem rzeki o litewskiej nazwie. Wydarzenia te są dla mnie tak żywe, jak  żywe jest to, co czyta się z twarzy i oczu dobrze znanych nam ludzi[3].

 Te „nigdzie indziej nie znane obyczaje i przyzwyczajenia” były Miłoszowi szczególnie bliskie także ze względu na jego etniczne korzenie, które były litewskie.

 Moja rodzina należała do litewskiej szlachty; ojciec mój wyemigrował ze wsi do miasta i został inżynierem[4] -pisze w „Zniewolonym umyśle”.

 Mazowsze z Warszawą było więc dla Miłosza zupełnie innym krajem, nie do końca przez niego zrozumianym. To zapewne dlatego mógł się przyglądać Warszawie okiem racjonalisty. Dzięki temu też mógł rozkładać na czynniki pierwsze strukturę honoru i wierności warszawskiej młodzieży. To też pozwoliło mu wykoncypować, że warszawską młodzieżą rządziły tylko naiwność i rozpacz, sąsiadujące wręcz…z głupotą.

Jednak Warszawiak, który miał w AK swoich gimnazjalnych kolegów, profesorów, kuzynów, który cierpiał jak hitlerowcy przez pięć lat deptali dumę jego miasta, mordowali przyjaciół ze szkolnej ławki, jego nauczycieli, księży… wiedział, że musi być wierny nie tyle rządowi londyńskiemu, nie lewicy czy prawicy, ile swoim kolegom z podwórka, wychowawcom i przede wszystkim samemu sobie. Od dziedzictwa przeszłości nie można się uwolnić zwykłym aktem woli. Intelektualna dojrzałość to o wiele za mało. Potrzebny był czas, który by ostudził emocjonalny stosunek do miejsc, ludzi i zdarzeń. Tego czasu AK-owska młodzież nie miała. To nie byli naiwni głupcy. Wielu świadomie „wchodziło w płomienie”, ponieważ wiedzieli, że ocalenie na przekór irracjonalnej wierności, będzie jak wyrzut sumienia, jak bunt przeciwko wierze ojców, która nawet jeżeli, kłóci się z rozumem,  ciągle jest tą, w której wyrośli. Rozumiała to doskonale Dąbrowska, która, nie była przecież ani entuzjastą powstania, ani tym bardziej politycznego programu AK.

Żeby zrozumieć czym było Powstanie Warszawskie, nie wystarczy analizować przebiegu walki dzień po dniu, nie wystarczy wytykać, że było źle zorganizowane, że powstańcy nie mieli broni, amunicji, żywności, że szli na pewną śmierć, że rozpalona młodzież padła ofiarą niefrasobliwego i nie do końca fachowego kierownictwa.

Dla mnie najcenniejszą w informacją na temat istoty Powstania była telewizyjna wypowiedź jednej z jego uczestniczek, która w 1944 r. w ogóle nie interesowała się polityką. Miała wówczas 19 lat. Była ranna, widziała ogrom ludzkich nieszczęść i  śmierci,  spodziewała się dla Warszawy wszystkiego najgorszego, a mimo to wyznała po latach:  

 Powstanie to była piękna sprawa, tak piękna, że nie da się tego wyrazić. Bezpośrednio po Powstaniu nie miałam wcale poczucia klęski. Byłam wdzięczna losowi, że dane mi było uczestniczyć w czymś tak wielkim. To - mimo wszystko - było wielkie święto, nastrój na punktach etapowych (w drodze do Pruszkowa) był podniosły. Warszawa była warta tej ofiary. Z ludzi zastraszonych, drżących przed łapanką, przeistoczyliśmy się w nieugiętych bojowników. To dodawało mi skrzydeł. 

Kobieta nie zmieniała zdania mimo że liczba ofiar przeszła najśmielsze przewidywania, mimo eksterminacji cywilnej ludności i przeobrażenia Warszawy w cmentarzysko[5]. Jako 84-letnia staruszka powtarzała, że było warto. Ciepłe świtało w jej oczach utwierdzało mnie w przekonaniu, że mówi szczere, nie kalkuluje, nie próbuje post factum dorabiać legendy do swojej młodości. Twierdziła również, że Powstanie ją wyprostowało, ukształtowało, uodporniło na zgniłe kompromisy. Ta ofiara miała moc oczyszczającą, pozwalała rozładować ogromną frustrację wywołaną okupacyjnymi upokorzeniami. Okazało się, że „Józef Conrad, ten niepoprawny polski szlachcic!” zbyt wcześnie został przez Miłosza odesłany do lamusa.

 „W dwudziestym wieku [...] nie było już miejsca na imperatyw ojczyzny i honoru, nie wsparty żadnym celem”. Jakże lodowato i nieludzko brzmi ta konkluzja. A czyż ojczyna i honor nie są celem w samym w sobie ? A  sam honor ? Czymże można zastąpić honor ? Mimikrą ? Akomodacją ? Statystyką ? Dziś takie pojęcia jeżeli nie wydają się do szczętu trywialne, to przynajmniej zasługują na zastanowienie. Jednak dla młodzieży, która ruszyła w 1944 r. do walki, oznaczały sprzeniewierzenie się świętości nad świętościami. Ludzie ci rzucili się w wir pracy konspiracyjnej, całkowicie przeświadczeni, że jest to ich obowiązek i nakaz moralny. Jakby instynktownie wyczuwali, że uchylając się od konspiracji odbierają sobie szansę bycia lepszymi. Konformizm był w ich mniemaniu czymś w rozkładowym i rozmiękczającym. W rozpaczliwej sytuacji, w jakiej znalazła się Polska, nie troska o własne bezpieczeństwo wydawała się dla nich ratunkiem, lecz coś zupełnie przeciwnego: narażanie życia i ofiara.

Bezsensowne były pytania: „Czy to się opłaciło ?”, „Czy walka miała szansę powodzenia ?”. Wszak o trzeźwy rachunek sił tu szło, nie o zwalczenie dwóch żelaznych totalizmów pomiędzy które dostali się Polacy ze swym rycerskim honorem (z którego pokpiwał sobie Miłosz), lecz o wierność sobie. Walka była potrzebna nie tyle ojczyźnie, ile tym młodym ludziom. Zgnuśnienie, nastawienie jedynie na fizyczne przetrwanie okupacji oznaczało dla nich cofnięcie się w moralnym rozwoju. 

Należeli do szczególnego pokolenia polskiej inteligencji uformowanego w pełni przez system wychowawczy II Rzeczypospolitej. Było to pierwsze pokolenie, które dojrzewało w wolności i nie musiało przed nikim zginać karku. Dom rodzinny, szkoła oraz organizacje wychowały je w poczuciu dumy, męstwa i odpowiedzialności. Ludzie ci wiele ojczyźnie zawdzięczali, ale gdy zaszła potrzeba bez wahania oddawali za nią życie. Pokolenie to okazało się niezwykle silne duchem, dzielnie znosiło niedole okupacyjnego życia, narażało codziennie życie w konspiracji, wznosiło barykady w Powstaniu, wykazywało się niezwykłym hartem w hitlerowskich obozach koncentracyjnych i sowieckich łagrach. Zaś po wojnie w znacznej części ofiarnie włączyło się w odbudowę kraju. Takiego pokolenia - jak pisze Noraman Davies - Polska nie miała nigdy wcześniej, ani później. Dlatego wszelkie próby oceny Powstania, które nie uwzględniają tej szczególnej sytuacji, są nieporozumieniem. Przypominają mi upowszechnianie poezji Norwida wśród Amerykanów. O tym jak karkołomne to zdanie przekonał się mój znajomy, który czytał swoim amerykańskim kolegom (wykształconym).  angielski przekład „Mojej piosnki”[6]. Jego słuchacze nie mogli wyjść ze zdumienia, że można się schylać po coś tak mało znaczącego jak „kruszyna chleba”. 

Dysponując dzisiejszą wiedzą, kierując się racjonalnością, pragmatyzmem i patriotyczną oziębłością możemy bez wahania uznać powstańców za romantycznych wariatów, samobójców niemalże. Będzie to jednak stanowisko równie trafne, jak „subtelna” jest interpretacja „Mojej piosnki” Norwida w wykonaniu obywateli jedynego mocarstwa.

 


[1] Cz. Miłosz, Alfa czyli moralista [w:] „Umysł zniewolony”, Kraków 1999, s. 119.

[2] Cz. Miłosz, Bałtowie [w:] op. cit., s. 157.

[3] Jw., s. 244-245.

[4] Jw., s. 163.

[5] Można oczywiście dyskutować czy takie odczucia były powszechne, czy podobnie myśleli ci, którzy padli ofiarą okrutnej zemsty hitlerowców i utracili bliskich. Można dyskutować czy można było kierować Powstaniem mądrzej, czy można było uniknąć tak wielkiej liczby ofiar, wreszcie czy kierownictwo AK miało prawo do wystawiania społeczeństwa stolicy na tak wielką próbę, w sytuacji, gdy nie było możliwości zasięgnięcia jego opinii. Jednakże z wypowiedzi Warszawiaków, którzy uczestniczyli w walkach, wynika najczęściej, że Powstanie mimo „błędów i wypaczeń” miało sens i było potrzebne. Przyznają to przede wszystkim ci, którzy nie pełnili wysokich funkcji dowódczych i mieli prawo do tego, by uważać się za oszukanych przez nieodpowiedzialne kierownictwo. Skoro więc nawet  te osoby, które mogły być przedmiotem rzekomych „nadużyć” dowództwa wojskowego i kierownictwa politycznego, uważają, że „było warto”, to tak już powinno zostać…

[6] Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba….
Tęskno mi, Panie…

Tagi: , ,

2 odpowiedzi do “Powstanie Warszawskie to była piękna sprawa”

  1. jsg Says:

    Powstanie było genialnie perfidną prowokacją Stalina w wyniku której niemieckimi rękami oczyścił sobie drogę do wkroczenia do Warszawy.

  2. Concepcion21Riddle Says:

    Have no enough cash to buy a building? Do not worry, because that is real to take the mortgage loans to work out such kind of problems. Thence take a collateral loan to buy everything you require.

Dodaj odpowiedź


Subskrypcja
RSS