Przykro być motylem !

 Jaka jest różnica między motylem i człowiekiem ? Pod względem długości życia odniesionej do wieczności niewiele się te istoty różnią. Na mapie wszechdziejów pojedynczy człowiek i motyl nie są w stanie zaznaczyć swej obecności nawet kropką. Tego rodzaju konstatacja działa często jak zimny kompres, schładzający rozpalone nerwy. Dzięki temu możemy sobie powiedzieć: „Wolnego  kolego, gdzie tak pędzisz ! Czy zdążysz, czy nie zdążysz świat doskonale poradzi sobie bez twej bieganiny. Wszystko, czemu z takim zapałem i wręcz chorobliwym przejęciem służysz, za ileś tam lat zamieni się w … nicość”.  Taka refleksja ma jednak także moc niszczenia. Gdy za bardzo zespoli się z naszymi myślami, to wszelkie nasze działania stają się daremne. Nasze siły witalne topnieją. Nie mamy już nad sobą błękitnego nieba, tylko przytłaczającą czaszę jałowości.

Żeby żyć musimy się oszukiwać, że to, co robimy jest wieczne i najważniejsze na świecie. Nasza chwilowość, tymczasowość musi być na tyle bezrefleksyjna, by była w pełni naturalna. Żeby cieszyć się życiem człowiek bardziej powinien być motylem, niż istotą myślącą. Motyl nie wie, że żyje chwilę, dlatego jest taki piękny i wolny. Radość życia to młodość, która nie zawraca sobie głowy myślami o przyszłości. Potem dopada nas już rozsądek, kalkulujemy, liczymy lata, ważymy swoje osiągnięcia, porównujemy się z innymi… Na naszych oczach wali się nasz świat: firma, którą tworzyliśmy upada, znajomi umierają, rodzice, niegdyś piękni i młodzi, zamieniają się w trzęsących staruszków, a dzieci tracą swą młodzieńczą niewinność. Nasze osiągnięcia ? Jakże niewiele z nich przetrwało próbę !

Bierzemy się jednak za siebie: odmładzamy wizerunek, zaczynamy biegać, wyjeżdżamy częściej za miasto i z niecierpliwością czekamy na… cud. Niestety przyroda wymaga autentyczności i nie cierpi, gdy się coś robi na czas. Nie słychać wtedy śpiewu ptaków, nie widać wychylających się pączków, nie sposób dostrzec mrówek, krzątających się z niesłabnącym nigdy wigorem… Nie oddychamy wówczas w rytm natury, nasze myśli nie przejmują jej barw i zapachów, nadal rządzi nami wirtualna abstrakcja. Wracamy niepocieszeni, z poczuciem straconego czasu. Po jaką cholerę obdarzono nas tak wielkim mózgiem ? Dlaczego nie umiemy „myśleć” tylko zmysłami ! Czemu nie potrafimy zdać się na instynkt, który czyni motyla takim ślicznym ! Myślenie to gorzknienie. Burzy nasze sny i zakwasza ciało, nie pomagając odpowiedzieć na żadne z pytań.

Jesteśmy częścią natury, a tak wiele wysiłku wkładamy w to, by się z niej wyobcować. Człowieczeństwo, to nieustanne powściąganie w sobie człowieka naturalnego, to sterowanie emocjami przycinanie swojego charakteru do rozmiarów ciasnej klatki zbudowanej z konwenansów, obyczajów, etykiety, przepisów prawa, obowiązków etc., etc. Człowieczeństwo to sztuczność: szminka, puder, maska i udawanie.

Wymyśliliśmy sztukę, która jest grą pozorów. Wszystkie wiersze o miłości, to przerost formy nad treścią…  Model miłości zasłyszany z literatury usiłujemy naśladować we własnym życiu, co skutkuje nierzadko frustracją. Tymczasem miłość jest taka, jak my sami: niedoskonała, nietrwała, zmienna, kapryśna, często wręcz głupia. Pod tym względem o wiele bardziej bliżsi prawdy wydają mi się Cyganie, którzy nie mają w swoim słowniku słowa: miłość. Cygan nie mówi Cygance, że ją kocha. On może jej co najwyżej powiedzieć, że jej pragnie. Jest w tym o wiele więcej autentyczności niż najpiękniejszych poematach, które są sztuką dla sztuki.

W ogóle Cyganie to w porównaniu z innymi nacjami,  ludzie szczególnie autentyczni. Polacy wyglądają przy nich jak zakompleksieni, sfrustrowani biedacy, który boją się własnego cienia i najbardziej na świecie pragną kimś innym niż są. Cyganie nie wstydzą się swego folkloru, dialektu, kodeksu moralnego, nie drżą, że wywodzi się on z wiochy czy wręcz z … lasu. Co z tego, że epatują błyszczykami i kwiecistościami, skoro to jest ich sposób na wyrażanie miłości do życia. Co z tego, że mają jarmarczny gust i ocierają się  w swej sztuce o disco polo, skoro to najlepiej zaspokaja ich psychiczne potrzeby. Co z tego, że Don Wasyl i Cygańskie Gwiazdy grają i śpiewają ciągle na jedno kopyto, skoro bardziej szczęśliwego człowieka jak Don Wasyl, nie zdarzyło mi się w mojej ojczyźnie widzieć.  I jakoś radzą sobie bez literatury, bez wieszczów, proroków, Nobli i Oscarów.    

Oczywiście ktoś zaraz przypomni, że Cyganie są prymitywni i biją okrutnie swoje kobiety. A Polacy to nie biją ! Pomny całego prymitywizmu relacji damsko-męskich wśród Cyganów, mniemam, że wielu Cygankom żyje się o niebo lżej, niż sfrustrowanym i wiecznie zafrasowanym matkom Polkom. Tajemnica szczęścia Cyganów tkwi we wspólnocie. Cygan bez towarzystwa nie istnieje. My natomiast wręcz przeciwnie: głosimy wszem i wobec, że należy się wsłuchiwać we własne wnętrze, pielęgnować swój indywidualizm i poszerzać granice samoświadomości. Sami chcemy być dla siebie centrum świata, źródłem nadziei i witalnej siły. Ale to droga do nikąd. Gdy jedynym odniesieniem losu człowieka jest sam człowiek, to prędzej czy później pojawia się w jego życiu jałowość i zgorzknienie. Sens naszemu życiu nadaje wspólnota wraz ze swą odwieczną wymianą pokoleń. Fakt, iż każdy z nas jest ogniwem niekończącego się łańcucha - krzepi.

Genealogia - jeżeli nie jest czystym snobizmem - to fajna rzecz.  Dzięki niej każdy może znaleźć swoje miejsce. Tam bohaterowie i nieudacznicy są na równych prawach, tam nikt nie jest wydziedziczony z pamięci, tam każdy biedak może poczuć się dziedzicem, tam wreszcie każdy ma gwarancję długowieczności. Pojedynczy człowiek jest tylko motylem, natomiast wspólnota ludzi, to już trwałość, bezpieczeństwo, summa ludzkiego trudu, pracy i walki. Gdyby człowiek nie wiedział, że umrze, to nie miałoby żadnego znaczenia czy będzie żył dzień, czy sto lat. Jednak bolesna świadomość przemijalności czyni nas zachłannymi na czas. Boimy się zapomnienia i samotności, pragniemy, by nasze tu i teraz było wieczne, od naszego sukcesu lub porażki, szczęścia lub nieszczęścia, chcielibyśmy uzależnić losy świata.  Wydaje się nam, że wypełniamy swoją osobą całą planetę i czujemy się trochę niepocieszeni, gdy dociera do nas, że życie będzie miało czelność toczyć się dalej, także wtedy, gdy nas nie będzie. Na zapobieżenie tej „tragedii’ nie ma chyba sposobu bardziej realistycznego (namacalnego wręcz), niż przyklejenie się do wspólnoty, niż włączenie się do jej systemu korzeniowego i pożywienie się jej sokami. Dzięki temu miast umierać bezpowrotnie, płyniemy w żyłach wielopokoleniowego organizmu.

Cyganie czują genealogię jak mało kto, choć oczywiście nie rysują „drzew” i nie przetrząsają archiwów. Ona przejawia się u nich w opowieściach starych ludzi, w szacunku dla przodków, w cygańskim kodeksie honorowym czy prawie przekazywanym ustnie z pokolenia na pokolenie. Cygan nigdy nie jest sam, należy do dwóch wspólnot jednocześnie: pierwsza z nich to współcześnie żyjąca rodzina i ród, a druga - to wspólnota minionych pokoleń.   

Życie we wspólnocie ma jednak swoje minusy. Im silniejsze więzy między ludźmi, tym trudniej o tolerancję. Iluż to singlom dopiekła rodzinka, zachęcając do „normalnego” życia, czyli takiego, jakie wiedzie reszta wspólnoty ! Iluż to odmieńców seksualnych, charakterologicznych i wszelkich innych nacierpiało się z powodu „troski” rodziny, nieustającej w wysiłkach, by ich nagiąć do swych oczekiwań i wyobrażeń cnotliwego życia ! Iluż zostało z tego powodu stłamszonych, wzgardzonych, wbitych w straszliwe kompleksy i poniżonych !

Na szczęście rodziny się zmieniają. Moich dziadków szokowały długie włosy, lecz moim rodzicom już nie przeszkadzały. Moja babcia opowiadała się za nierozerwalnością małżeństwa, nawet gdyby małżonek był sadystą, natomiast dla mich rodziców zmuszanie kogoś do takich poświęceń jest równoznaczne z barbarzyństwem. Mądra rodzina poradzi sobie z każdą odmiennością i przygarnie każdego oryginała, nawet jeżeli gdzieś z tyłu głowy będzie się jej kołatać myśl, że może delikwent błądzi.

Tu jednak zaczyna się kolejny problem. Wszak im bardziej stajemy się otwarci i tolerancyjni, tym trudniej nam ocalić rodzinę. I to wcale nie dlatego, że tolerancja rodzinie szkodzi, tylko ze względu na styl życia, wymuszony przez współczesny rynek pracy. Wszelkie ruchy migracyjne w poszukiwaniu pracy sprzyjają naszemu wyobcowaniu, czynią nas nomadami bez korzeni. O utrzymanie tradycyjnego wymiaru życia rodzinnego trudno również wtedy, gdy nie ruszamy się z miejsca, ponieważ coraz więcej jest zawodów wymagających ofiary całopalnej: pracy po godzinach i w weekendy, uczestnictwa w licznych szkoleniach, walki z konkurencją etc., etc. Gdzie tu miejsce na zjazdy rodzinne, na poznawanie kuzynów, na dzielenie się z rodzeństwem (równie zresztą zapracowanym) swoimi radościami i smutkami. Brakuje też czasu dla sąsiadów, przyjaciół i - co gorsze - dla własnych dzieci. Bezinteresowne kontakty międzyludzkie odchodzą w niepamięć. Na pierwszym miejscu są kontakty biznesowe, wzajemna wymiana przysług i usług. Eliminuje się z tego kręgu ludzi słabych i niezaradnych, ponieważ są energetycznymi wampirami. A więc z jednej strony otwartość, tolerancja i wyrozumiałość, a z drugiej skrajna interesowność i wybujały egoizm. Na jednym biegunie wrażliwość na specyficzne potrzeby drugiej osoby, a na drugim bezwzględna walka konkurencyjna, w której nie przestrzega się prawie żadnych zasad. Mówienie fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu to grzech, ale rozpuszczanie kłamliwych informacji o konkurencyjnej firnie, to akceptowany standard. Nieprzyznanie się do współpracy z SB (ze względów psychologicznych zrozumiałe) to kłamstwo nad kłamstwami, lecz nachalne nieraz kłamstwo zawarte w niezliczonych reklamach i piarowskich popisach, to przejaw ekonomicznego i społecznego zdrowia.

Pewna firma dała ogłoszenie: „Poszukujemy handlowca. Jeżeli potrafisz sprzedać nawet to, czego nie ma, to czeka się u nas wspaniała przyszłość”. Gdyby chodziło o posadę iluzjonisty, to można pogratulować zwięzłości. Jednak w solidnym handlu obowiązują - a raczej powinny obowiązywać - jakieś zasady. Brak zasad skutkuje tym, że inna moralność obowiązuje w pracy, a inna we własnej rodzinie. Matka dwójki dzieci pracująca w reklamie, jako kobieta wykształcona,  będzie oczywiście uczulać własne pociechy na szkodliwość chipsów, ale gdy dostanie intratną propozycję zorganizowania kampanii reklamowej, poświęconej temu świństwu, to stanie na głowie, by wszystkim „obcym” dzieciakom wmówić, że chipsy są źródłem niewypowiedzianej przyjemności.

Z jednej strony ludzie mają pełne usta frazesów o wolności i niezależności, jako niezbywalnych i bezcennych wartościach, a z drugiej podejmują liczne działania, które są tej wolności zaprzeczeniem. Decydują się na przykład na siłownię, bo szczupli są milej widziani przez pracodawców; poddają się licznym zabiegom kosmetyczno-plastycznym - czasami bardzo ryzykownym - ponieważ wymagają tego narzucone standardy atrakcyjności, warunkującej karierę; kupują drogie samochody, ubrania i wynajmują mieszkania w ekskluzywnej dzielnicy, bo wymaga tego od nich osiągnięty status społeczny etc., etc. Dyktatura tego, co wypada, co jest trendy, co się dobrze kojarzy, co sprzyja interesom nie pozostawia wiele miejsca na realizacje najbardziej osobistych marzeń i autentyczny indywidualizm. Indywidualistyczne tendencje przejawiają nie w postępowaniu zgodnie z rytmem własnej duszy, tylko w uleganiu trendom dezintegracyjnym, których efektem jest samotność i niewrażliwość na problemy innych, a w razie niepowodzenia, wykluczenie.

Wszak pracownik im więcej czasu poświęca rodzinie, im bardziej pielęgnuje swe bezinteresowne przyjaźnie, im częściej pochyla się nad cudzą biedą, tym mniej ma czasu dla firmy, która coraz częściej rości sobie prawo do jego prywatności, usiłuje kształtować jego potrzeby i narzuca mu „firmowy” stosunek rzeczywistości.

Dlatego doskonale rozumiem Cyganów, którzy sabotują różne programy integracyjne. Oni po prostu nie chcą być tacy, jakimi coraz częściej się stają  ich polscy sąsiedzi - zapędzeni, przestraszeni, zgorzkniali, samotni, zamykający się w swoich czterech ścianach nie mający czasu i sił ani na zabawę, ani na żałobę po najbliższych (szybkie pogrzeby, ogłoszenia: „Prosimy o nieskładnie kondolencji”), ani na opiekowanie się swoimi starcami i chorymi (sektor rozmaitych domów i opieki należy do najprężniej rozwijających się).

Człowiek żyjący według takich zasad odchodzi ze świata jak motyl. Zamiast prawdziwych przyjaciół ma steki znajomych z portali społecznościowych, zamiast wypróbowanych kumpli z pracy - ma w głowie dziesiątki nazwisk współpracowników i jednocześnie konkurentów, których rzadko wspomina mile, zamiast rozgałęzionej rodziny - ma krewnych, o których nic nie wie, zamiast serdecznych sąsiadów - ma znajomych, którzy znają go tylko z marki samochodu i kroju garnituru… Gdy taki osobnik znika z firmy, to jakby zapadł się pod ziemię; gdy znika z domu jego sąsiedzi konstatują, że dawno go nie widzieli, ale nie wiedzą czy wyjechał, zachorował, czy doznał pomieszania zmysłów.  Rodzina ubolewa, ale ma przecież własne problemy. Cały ciężar jego nieszczęścia spada na najbliższego partnera, który przygnieciony ciężarem ponad siły, zaczyna z czasem wymiękać i niecierpliwić się: „wóz albo przewóz, życie, albo śmierć, jak długo można żyć tylko dla kogoś”. Planując wspólne życie na ogół nie przewiduje się nieuleczalnej choroby, ubytku sił witalnych, długiego okresu bezrobocia, bankructwa firmy, Alzhaimera rodziców etc., etc. Bez wsparcia wspólnoty tego rodzaju problemy przerażają, przerastają, rujnują związki, odbierają poczucie bezpieczeństwa dzieciom.

Przegrany lub chory odchodzi jak motyl. Miejsca, w których żył szybko tracą jego ciepło, ekspresowo zacierają się pozostawione przez niego ślady. Coraz częściej nie pozostawia po sobie ręcznych notatek, listów, kart pocztowych czy papierowych zdjęć. Jednym kliknięciem w klawisz komputera można zrobić po nim porządek. Jego wnuk (o ile zdąży spłodzić syna) dowie się o nim podczas wizyty na cmentarzu. Na szczęście, cmentarze w Polsce ciągle są jeszcze miejscami zbiorowej pamięci.

Oczywiście taka osoba nie była motylem: nie było jej lekko, w pogoni za spełnieniem szybko straciła swój naturalny wdzięk… Do motyla stała się podobna ze względu na długość życia, głównie tego po życiu. Wszak gdy nie ma wspólnoty nie ma też pamięci o człowieku, ani wymiany żalu, ani wymownej pustki po nim, ani bolesnej tęsknoty za jego ciepłem… Pozostaje tylko pośmiertny żywot w sercach kilku najbliższych. Ale oni też mają coraz mniej czasu na żałobę. Wszak cena za każdą absencję na arenie zawodowych przepychanek, rośnie szybciej niż lichwiarskie procenty.

 

P.S.

Zdaję sobie sprawę, że trochę przerysowałem problem. Egzystencja współczesnego człowieka jest zbyt różnorodna, aby dało się ją określić jako udaną, bądź nieudaną, szczęśliwą, bądź nieszczęśliwą… Zapewne nigdy nie będzie tak źle, jako to wieszczą absolutni pesymiści. Konkurencja nie musi być złą rzeczą. Wszak  wymusza aktywność i pod pewnymi względami poprawia jakość życia. Niestety gdy nie rządzą nią żelazne zasady, może też skutkować śmiertelnym znużeniem i jałowością. Syndrom chronicznego zmęczenia, depresja, która dotyka ludzi ze wszystkich warstw społecznych czy demonstracyjne zacieranie śladów po swoim istnieniu[1], świadczą, że im więcej ludzie osiągają w wymiarze materialnym i zawodowym, tym częściej dopada ich niszczące pytanie: po co to wszystko ?

 

 

 

 

 

 

 

 


[1]Tzw. lasy śmierci, powstające m. in. w Niemczech. Polega to na tym, że pod korzenie drzew wkłada się urny z ludzkimi prochami. Urny są z tektury i bardzo szybko się rozkładają. Miejsca złożenia prochów nie są oznakowane. Ludzie po prostu znikają doszczętnie. Czyni się tak zwykle na życzenie ludzi samotnych.  Interpretowane to jest dwojako: jako przejaw zachowań ekologicznych oraz jako rozpaczliwy komunikat do bliskich czy znajomych: „Skoro nie obchodziliśmy was za życia, to nie ma potrzeby dbałości o nasze ślady po śmierci”.

Tagi: , ,

Dodaj odpowiedź


Subskrypcja
RSS