Stasiuk: z prądem czy pod prąd ?
Cenię bardzo twórczość Andrzeja Stasiuka, choć nie do końca mi się podoba jego ucieczka od cywilizacji. Za bardzo wziąłem sobie do serca słowa Kanta („niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”), aby pochwalać takie ułatwienia. Moim zdaniem, jeżeli chcemy ocalić dawne wartości, jeżeli pragniemy zachować coś w rodzaju pierwotnej czystości, to winniśmy starać się o to zawsze i w każdych warunkach.
Jeżeli nie chcemy ulegać „ideologii” konsumeryzmu, to prawdziwym wyzwaniem dla nas jest nie zapadła wieś, lecz miejskie targowisko próżności, ze wszystkimi pokusami i pułapkami. Dopiero tam dowiadujemy się, jak naprawdę silna jest nasza wola. Nie sztuką jest zachować ascetyzm w odosobnieniu. Jednak być ascetą, gdy wszędzie dookoła czyha pokusa goła, to już coś. O ile oczywiście ascetyzm stanowi dla kogoś istotną wartość.
Stasiuk to człowiek do pewnego stopnia obrażony na rzeczywistość. W jego mniemaniu pociąg historii pędzi zbyt szybko. Skutkiem tego człowiek nie przenosi się płynnie z jednej rzeczywistości do drugiej, lecz jest wyrywany z korzeniami. Stąd często bierze się dręcząca nostalgia, poczucie wyobcowania i płytkość relacji międzyludzkich. Wyrwany z korzeniami ma jednak przewagę na zupełnym nomadą, który tak często zmienia pracę i miejsce zamieszkania, że nie jest w stanie gdziekolwiek się zakorzenić, ponieważ wykorzeniony ma przynajmniej jakieś stałe miejsce, do którego może wracać wspomnieniami, ma w pamięci jakiś inny świat, który może na własny użytek idealizować i czerpać z niego pociechę.
Fakt, iż pisarz koncentruje uwagę przede wszystkim na tym, co zagrożone bezpowrotnym przemijaniem, kojarzy mi się ostatnią decyzją Janusza Korczaka, decyzją towarzyszenia swoim dzieciom w drodze ku śmierci. Jest to oczywiście metafora na wyrost, ale odnajduję w poczynaniach Stasika podobną, jak u Korczaka, potrzebę towarzyszenia maluczkim w ostatnich chwilach ich prawdziwego życia, życia bez rozmazanej tożsamości, obfitującego w „naszość”, swojskość i mającego stałe punkty odniesienia. Stasiuk jest świadkiem, który zgłębił nieciekawą tajemnicę przyszłości, zdaje sobie sprawę, że za ileś tam lat Europa wschodnia tak dalece zmieni swe oblicze, że nawet nostalgiczne podróże stracą sens, ponieważ nic nie pozostanie takie jak dawniej. Jego bohaterowie czują to intuicyjnie, ale nie są futurystami, nie są świadomi wszystkich zagrożeń, a poza tym dość mają klepania biedy. Konsumeryzm ? - nie znają takiego zagrożenia, a jeżeli coś o nim wiedzą, to wydaje im się, że z nimi będzie inaczej, oni nie dają się rozmiękczyć.
Takie postrzeganie rzeczywistości jest skrajnie pesymistyczne. I nawet jeżeli Stasiuk ma rację, to nie do końca jestem za tym, aby mu tej racji gratulować. Choćby dlatego, że pesymizm w naszych warunkach jest łatwiejszy. Rodzi się dosłownie na kamieniu… Zdecydowanie trudnej jest dopracować się jakiejś nadziei. Co ma powiedzieć młode pokolenie, które będzie zmuszone żyć jeszcze szybciej, jeszcze powierzchowniej, jeszcze bardziej tymczasowo ? Czy będzie skazane na ciągły niedosyt, niepokój o jutro, strach przed zmianami przekraczającymi jego możliwości przystosowawcze ?
Jest trochę nieludzkie zakładanie, że nie znajdzie się na to żadnego sposobu, że nowe będzie gorsze. Kryzys cywilizacji zachodniej to nie wymysł Stasiuka, od dziesięcioleci trąbi o tym znaczna część intelektualistów europejskich. Dlatego płynięcie pod prąd, to jest w istocie coś innego niż niewiara w dobroczynne skutki postępu. To raczej pielęgnowanie nadziei, że rzeka postępu, której nie jesteśmy w stanie zatrzymać, nie tylko podtopi stary świat, lecz także użyźni jego jałowizny.
Zdaję sobie sprawę, że wymagam od Stasiuka zbyt wiele. Chciałbym by pisał rzeczy wysokich lotów i jednocześnie krzepił, czyli oczekuję od niego rzeczy w literaturze niemal nieosiągalnych. Pewnie dlatego, że jest dla mnie pisarzem ważnym i chciałbym żeby mu się takie cuda udawały.
Tagi: Europa Środkowa, literatura, Stasiuk